<zdmuchuje kurz z nieco zapomnienego UeReLa>

Taaak, całą chwilę mnie tu nie było. Ktoś, kto nie wierzy w moje zdolności dyplomatyczno-pedagogiczne mógłby pomyśleć, że dałam się pokonać małym mutantom i moje prochy aktualnie unoszone są przez wietrzyk wiejący, ewentualnie, że wącham od spodu piękne kwiaty, które niewątpliwie zasadzilibyście na moim grobie, gdzieś hen, na łączce zielonej, pod drzewkiem szumiącym, z dala od cywilizacji karłowatych zbójów. Ale przecież nie będzie karzeł pluł nam w twarz, ni czasu marnotrawił – po błyskawicznej, trzytygodniowej demonstracji tego, kto tu tak naprawdę rządzi, wróciłam na łono mej Alma Mater, do ludzi, którzy potrafią sklecić więcej niż jedno poprawne zdanie w mym ukochanym(?!) języku ojczystym wujaszka Willa. Czego nauczyły mnie praktyki? Ano:

- warto grać w Heroes’ów, coby mieć o czym z uczniami pogadać w tramwaju wycieczkowym – po wykazaniu się znajomością dostępnych zamków i najlepszych jednostek można życzliwie doradzić najlepszą strategię przejścia scenariusza sprawiającego kłopoty młodemu padawanowi;

- nie ma to jak szybkie, karne kartkówki dla pacyfikacji jednostek szczególnie niepokornych – zdziwienie malujące się na twarzy małego potworka grającego Ci na nerwach przez 20 minut, gdy z pełnym poparciem pani nauczycielki – opiekunki każesz mu wyjąć karteczkę, po czym po 5 minutach oceniasz wyniki jego pracy iwpisujesz mu OCENĘ do DZIENNIKA – bezcenne!

- donośne “dzień dobry” i mała dziewczynka machająca Ci z zapałem podczas, gdy mijasz ją po drodze do mieszkania jakiś miesiąc po praktykach – absolutnie bezcenne.

Ale to było dawno temu, a teraz panuje nam (nie)miłościwie matuś sesja. Chyba musiałam w poprzednim wcieleniu zrobić coś naprawdę dobrego, gdyż albowiem ponieważ zaliż wżdy mój fart podczas tej sesji jest większy, niż ustawa przewiduje. To musi być coś z karmą, nie ma bata. Jak na razie pruję sobie do przodu, niczym mały terminatorek, na samych czwórkach tudzież czwórkach plus. I jestem z siebie dumna, w związku z czym od wczorajszego popołudnia oddaję się lenistwu absolutnemu. Co zasadniczo może mieć niekoniecznie dobry wpływ na wciąż czekające mnie PeeNJotki i egzamin z literatury… Najlepszym dowodem na to, że będą to najgorsze świństwa w całej tej sesji jest ta notka. Bo kiedyż to wynajduje się tysiąc Bardzo Ważnych Rzeczy do roboty? ^^

Nic to, wracam do kucia słówek. Sprawdziłam już, czy moja umiejętność posługiwania się językiem ojczystym nie zanikła jezcze do szczętu, więc kolejna pozycja na liście Bardzo Ważnych Rzeczy do Zrobienia Zanim Siądę do Nauki została odfajkowana. Ktoś ma pomysł, jak ją wydłużyć o parę pozycji…?

One już tam są. Wiem to, czekają na mnie, czają się i ostrzą swoje błyszczące białe kły, i szlifują zabójcze szpony. Obmyślają okrutne psychiczne tortury, nasyłają szpiegów, by zdobyć informacje o moich wrażliwych punktach. Choć data rozpoczęcia cierpień mych to dopiero 15 kwietnia, to już teraz starają się zdobyć przewagę psychologiczną nawiedzając mnie w długie, zimne, samotne wieczory. A w godzinę zero, te małe, złośliwe mutanty rzucą się na mnie i rozszarpią na drobne kawałeczki, zmielą wproch i rozsypią na cztery wiatry, żebyt nawet najmniejszy ślad nie pozostał.

Niniejszym więc, wszyscy moi mili, milsi i najmilsi, żegnam sięz Wami, póki resztki zdrowych zmysłów mnie nie opuściły. Już się pewnie nie zobaczymy… cieszę się, że miałam okazję spotkać tylu świrów, popaparańców i skrzywieńców oraz serdecznie żałuję, że jeszcze z paroma osobami spotkać mi się nie udało. Mam nadzieję, że odpuścicie mi moje winy i zachowacie dobre wspomnienia… (a jak będziecie mnie obgadywać, to wrócę i zacznę takich delikwentów nawiedzać nocami, recytując wykłady z descriptive grammar).

Po Wielkanocy rozpoczynam praktyki nauczycielskie. Somebody kill me, please.

Stój, bo strzelam!

Przechodzę właśnie fazę małej euforii. Nareszcie moje wewnętrzne chłopaczysko będzie miało okazję się uzewnętrznić, wyżyć, ujawnić, pobawić. Otóż, od jeszcze-nie-wiem-kiedy-dokładnie-ale-niedługo zamierzam zacząć uczęszczać do błogosławionego przybytku zwanego strzelnicą, gdzie wreszcie dorwę się do moich ulubionych zabawek z dzieciństwa. Tylko nieco większych. I nieco głośniejszych. I nieco cięższych. Będę strzelać!

Bo tak naprawdę – mimo, że zaczęłam chodzić w kieckach tego lata – powinnam się była chłopcem urodzić, drodzy państwo. Tylko w niebie się coś tam komuś pomerdoliło i zrobili ze mnie dziewczynisko. Od chwili narodzin próbuję sobie więc tę niesprawiedliwość powetować. Dzieckiem będąc, zamiast stroić lalki, łaziłam z kuzynami po drzewach, biłam się z nimi, właziliśmy w każdą większą dziurę w ziemi, całkiem skutecznie zmieniając kolor skóry na właściwy Murzynom, albo co najmniej dorodnym Cyganiątkom. Nogi też miałam wtedy bardziej interesujace – w cętki siniakowo-strupkowe. Graliśmy w piłkę, budowaliśmy kontrukcje z klocków, walczyliśmy patykowatymi mieczami, do znudzenia wydzieraliśmy się “duże piwko, małe piwko, wywołuję na przeciwko…”, paliliśmy ogniska, zadymiając całą okolicę. Moja chłopięca dusza czuła się wolna i zaspokojona. Aż nadeszły szkolne lata… i zobaczyłam pokaz aikido. Oczka mi się zaświeciły – już wiedziałam, na jakie zajęcia pozaszkolne chcę uczęszczać! Ale mama sprowadziła mnie do parteru swoim zszokowanym “Tyyyyyyy? Dziewczynkaaaaa? A po co ci to?!”

Więc teraz niech się strzeże. Bo teraz będę strzelać. Ratatatatatatatata!!

Czas mija. I to, cholera jasna, jakoś tak strasznie szybko. Jakby tego było mało, wszystko wokół się zmienia, włączając w to – o zgrozo – moje życie. Tylko czy ta zgroza tam na pewno jest potrzebna? Czas na małe autobadanie tego, co mi się ostatnio zdarzyło.

Utyłam. No dobra, początek kiepski… ale taka jest prawda, że tu i ówdzie co nieco mi przybyło. Szkoda, że nie w jedynym rejonie, gdzie byłoby to pożądane… ^^ Dobra wiadomość jest taka, że jednak zaczynam powoli te niechciane dekagramy tracić. Co regularnie czczę przez napychanie się bezami – bo nie ma zdrowszej i bardziej niskokalorycznej diety, prawda? ^^

Kochane ciałko co nieco urosło, ale to nic w porównaniu z mym życiem wirtualnym, które rozrosło się do rozmairów monumentalnych. Wbrew wszelkim moim domysłom, przewidywaniom, zarzekaniom, że ja nie, że po co mi to, że internet to tylko net i zabawa. Los ma zwyczaj robić nam perfidnie na złość i doprowadzać do sytuacji dokładnie przeciwnych naszym zamierzeniom. Tak i ja, dzięki pewnemu forum, poznałam kilkoro wspaniałych ludzików. Nie wiem, co strzeliło mi do łba, gdy zgodziłam się po raz pierwszy na randkę w ciemno z tą bandą potencjalnych seryjnych morderców, ale do dziś dnia dziękuję tej nieznanej mi sile. Bo kontakt został nawiązany i – jak na razie – całkiem nieźle się trzyma. Z tego miejsca ściskam Was wszystkich i każdego z osobna, moje zboki, moi stetryczali stróże nastoletniego, smarkatego nastroju, moi wy słiiiit blogaskowi współpisacze (i nie tylko^^).

Nie tylko życie wirtualne mi się rozbuchało. Także rodzinka mi się cokolwiek powiększyła. Zyskałam dwie siostry, z czego jedna jest daltonistką, a druga oposem. Przy czym opos jest równocześnie matką daltonistki, a jej ojcem nasz brat niebieski. Nie można także zapomnieć o tym, że szanowne miano matki przysługuje też daltonistce, jako matce założycielce radia i matce chcrzestnej mafii radiowej, a ja wraz z dydelfikiem jesteśmy jej prawymi rękami. Comprende? ^^

Coby się z siostrami bardziej zbratać, grzecznie zaliczyłam pierwszy rok studiów dla pomyleńców (tak w ramach solidarności ze starszymi pomyleńcami). Bo kto normalny idzie na filologię (mniejsza już jaką)? Właśnie. Choć czasem moja Alma Mater z przyległościami i całym dobrodziejstwem inwentarza doprowadza mnie do szewskiej pasji/białej gorączki/nerwicy/histerii/depresji (niepotrzebne skreślić), to na razie jakoś tam sobie radzę. Może nie wybijam się przesadnie i nie frunę po bezchmurnym nieboskłonie wraz z największymi, najdostojnieszymi tudzież najwspanialszymi orłami mego roku (a raczej nie pruję jak te terminatpry ;p), to daję sobie radę z tymi descriptiv grammarami, listeningami, phoneticsami i najstarsi Indianie nie wiedzą czym jeszcze. Tak łatwo się mnie nie pozbędą, no ;]

Wydarzyło się oprócz tego sporo. Rzekłabym nawet, że o parę rzeczy za wiele… Zamiast tych spraw chętnie pod kategorią “odfajkowane” umieściłabym parę niespełnionych nadziei i pragnień. Ale czasu nie zawrócimy, tego, co zesłane zostało nie zmienimy. Cieszyć się trzeba tym, co się ma, a nie martwić tym, czego się nie ma (jak mi kiedyś Ktoś mądry powiedział ;) ). Dlatego zamierzam się cieszyć, dopóki mam z czego, a całą resztę olewać, no^^ Tylko jednego naprawdę mi szkoda… że właśnie przezd paroma minutami straciłam na zawsze miano rozwydrzonej, smarkatej nastolatki. Oby to się nie przerodziło w kryzys osobowości ;)

Jednak pisanie na blogu może być ciekawym wypełnieniem czasu. Tylko zazwyczaj wszystko rozbija się o jeden i ten sam problem – brak weny, względnie tematu. Zastanawialiście się kiedyś jak długi tekst można stworzyć, gdy brakuje jednego i drugiego? Ja zawsze obstawiałam, że w ogóle nie da się nic sensownego napisać. No bo ani o czym, ani jak… a jeśli już pomroki umysłu nienatchnionego urodzą w bólach potwornych jakieś coś, to absolutnie nie nadaje się to do czytania. Do strawienia tym bardziej.

Niemniej, nuda wakacyjna nakłoniła mnie do przeprowadzenia pewnego eksperymentu. Czy da się pomimo braku wszystkiego, co niezbędne, by dobry tekst powstał, napisać coś, co przeczytają inni? Wynik: tak, teoretycznie się da, czego wynikiem jest to-to na Waszych monitorach. Czy jest to strawne, to inna para trampek… ale da się ^^

PS Uroczyście obiecuję, że koniec z emo-notkami na tym blogu. Serio, serio ^^

“-Wszystko w porządku?
-Tak, jasne
-Nie.

“-Jak się czujesz?
-Świetnie, dzięki
-Beznadziejnie.

“-Wszystko gra?
-Jasne, jak zwykle
-Świat mi się wali.

“-Uśmiechnij się, coś taka ponura? O widzisz, od razu lepiej, nie pasuje Ci ta smutna mina!”

‘nie dowiesz, nie dowiesz nigdy się
co prawdą, co prawdą, a co kłamstwem jest…’

Podróże kształcą. Podróże dają możliwości. Podróże… zagrażają zdrowiu psychicznemu. Tak, tak, drodzy moi, jeśli chcecie zachować jego resztki, to siedźcie grzecznie w domku, pod kocykiem z herbatką, względnie jakimś innym płynem udającym coś zdatnego do picia, na ten przykład z kawą. Gdybym jeszcze stosowała się do własnych rad… ale nieeee, rozwydrzone smarkule zawsze muszą być mądrzejsze od radia. Pognało mnie w jakoweś dzikie ostępy i mam za swoje. Zachciało mi się wojaży i teraz widuję urojone kaczki. Radioaktywne w dodatku. Jak na moje oko wyglądały całkiem normalnie – pływały, kręciły kuperkami, kwakały… ale Tubylec, a raczej Tubylczyni orzekła, że są urojone. Okej, kłócić się nie będę (mimo, iż to kłóci się z wizerunkiem rozwydrzonej smarkuli zawsze mądrzejszej od radia). Później poczułam, że mi mokro. Bynajmniej nie z tego powodu, o którym co niektórzy pomyśleli Po prostu coś bezczelnie spadło mi na dłoń. Potem na głowę. I różne inne części mojego prywatnego ciała. Stwierdziłam, że pada i czas wracać. Ale Tubylczyni orzekła, że wcale nie pada, a jak mi mokro, to żebym usiadła między kroplami… Aha. Do urojonych kaczek doszedł urojony deszcz. Zwyczajnie oszalałam. Tym razem do szczętu. Ostatkiem sił piszę, by was przestrzec… nie… wychodźcie… z domu…

pi
pi
piiiiiiii _/\_/\_/\__/\___/\__________/\__________/\______________________________________________

PS A jak mnie jeszcze raz ktoś od ostoi rozsądku wyzwie, to napuszczę urojone, napromieniowane muszki

Nie umiem pisać. Jendrju, wybacz pożyczkę, to bynajmniej nie ma być plagiat, tylko konstruktywny wniosek. Ja po prostu nie umiem pisać.

tacy, którzy ze wszystkiego potrafią zrobić pomysł na notkę. I to jeszcze opisać to tak, że chce się czytać. Są inni, którzy piszą rzadziej, ale w stylu rozbrajająco – surrealistycznym. Aż czasem nie starcza konceptu na inteligentny komentarz. No, ale nic w tym dziwnego, skoro się nie umie pisać. Są wreszcie tacy, którzy pomimo pokrewieństwa z Didelphis marsupialis, bynajmniej nie występującym w naszym rodzimym kraju w warunkach naturalnych, porywają swym polonistycznym flow. Po prostu,niektórzy mają ten dar. A niektórym go brak. I tacy właśnie przez pomyłkę zakładają słiiiit – blogaski, na których publikują coś raz na ruski rok. I to tylko dlatego, że jakaś drugorzędna muza pomyli adresy i trafi przez pomyłkę pod ten, a nie inny. Pewnie zanim wcisnę “publikuj” będę skrajnie zdegustowana tymi moimi wypocinami. Ale co w tym dziwnego, przecież ja naprawdę NIE UMIEM PISAĆ.

PS Pisać nie umiem, ale za to udało mi się ukryć w tym mini tekście wszystkie zaprzyjaźnone, zlinkowane blogaski. Ha! ;]

A gdyby tak rozpłynąć się w nieistnieniu… zniknąć, wyparować, wcisnąć “delete” i raz na zawsze się siebie pozbyć.
Gdyby wymazać się z serc, umysłów, pamięci, wspomnień swych wrogów i Przyjaciół, bliskich i dalszych, znajomych i rodziny.
Gdyby tak rozpłynąć się, oszczędzić innym smutków, rozczarowań, złości, desperacji, których jesteśmy przyczyną.
Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Wybielić swoją kolumnę, swoje wiersze, zalać potopem korektora. Wszystkie problemy egzystencjalne nagle przestają nimi być. I nothing else matters.
Gdyby tak ulec pokusie i pstryknąć, gwizdnąć, świsnąć, pyknąć raz na zawsze usuwając siebie z historii świata, zwolnić przestrzeń życiową, rozwiązać raz na zawsze wszystkie problemy.

Pstryk

Gwizd

Świst

Pyk

Cholera, znów się nie udało…

Łiiiii, chudnę ^^
Z radości najadłam się bez ;D

Następna strona »