kwiecień 2008


Sol dzisiaj zdobywała nowe umiejętności. Mianowicie, podnosiła swoje kwalifikacje kury domowej. Jak na dobrą córkę przystało, grzecznie wysprzątała, co wysprzątać miała, pranie nastawiła, w ogródku pomogła, a potem… a potem opanowała kuchnię ^^ Dziwiąc się nieco swej szanownej rodzicielce, że na to pozwoliła, znając wybitny talent Sol do kucharzenia… mniejsza. Zadaniem bojowym na dziś były placki. Niedziela jutro, święto – trzeba coś na stole po obiedzie postawić. Zatem Sol dzielnie rękawy zakasała i do pracy przystąpiła. Od pracy w kuchni podobno się tyje – przez nieustanne próbowanie, czy aby czegoś nie brakuje, czy aby przypadkiem nie dosłodzić, dosolić, dopieprzyć… Cóż, to chyba w jakowymś bardziej zaawansowanym stadium pichcenia. Sol, jako początkująca, więcej chyba kalorii straciła niż zyskała przy tej zacnej robocie, bo biegać nieustannie musiała tam i nazad, żeby Wyjątkowo Istotne Sprawy skonsultować z bardziej zaprawioną w kuchennych bojach mamą swą prywatną. Parę radosnych komunikatów o braku koniecznego do pieczenia produktu później (które to braki udało się uzupełniać dzięki tajemnemu sejfowi babci), blacha z plackiem wylądowała wreszcie w piekarniku. Godzinka oczekiwania… i sukces! Udało się Sol odnieść zwycięstwo nad kuchennymi chochlikami ;P Zachęcona wiktorią szybciutko zabrała się za przygotowanie drugiego smakołyku, który również można uznać za całkiem udany. Co prawda, nikt jeszcze ich nie próbował, z racji temperatury wypieku, ale pierwsze pochwały zostały otrzymane z ust samej ochmistrzyni patelni i blachy w postaci babci – czyli zmagania były owocne.

Tym oto sposobem Sol – znaczy ja – zdobyła pierwsze szlify prawdziwej Kury Domowej. Upiekłam placka i jestem z siebie dumna! (teraz feministki mnie zagryzą…)

Ja się nie nadaję do oglądania filmów romantycznych, romanssssideł tym bardziej. No nie i już. Bo za durna jestem na nie. Inni są za mało ynetlygentni na filmy ambitne, semi-ambitne i do miana ambitnych jedynie pretendujące. A ja jestem za durna na romansssidła. Dlaczego? Bo ja po takich filmach myśleć zaczynam. Sobie znalazłam bodziec, wiem… ale nie poradzę, że właśnie wtedy strumień asocjacji zaczyna się robić niebywale rwący i rozrabiać w mojej głowie. Co sobie myślę? Nie powiem, bo mnie Siostra zruga… a to nic miłego jak Cię ktoś opieprza ;P

W związku z powyższym, najwyraźniej takich filmów nie powinnam oglądać. No cóż, widać jestem masochistką, bo lubię takowe. Co więcej, w najbliższej przyszłości najprawdopodobniej powlokę się do kina na taki.

Konkluzja: jestem niezrównoważoną emocjonalnie rozwydrzoną nastolatką z przeciągiem między kolanami, której umysł stymulują do myślenia niezwykle ambitne romansssidła. Czas poszukać pomocy…?

No. I jestem. Długo błądzący po odmętach mych myśli pomysł wreszcie się zmaterializował. Zobaczmy, czy przetrwa próbę :)