Sol dzisiaj zdobywała nowe umiejętności. Mianowicie, podnosiła swoje kwalifikacje kury domowej. Jak na dobrą córkę przystało, grzecznie wysprzątała, co wysprzątać miała, pranie nastawiła, w ogródku pomogła, a potem… a potem opanowała kuchnię ^^ Dziwiąc się nieco swej szanownej rodzicielce, że na to pozwoliła, znając wybitny talent Sol do kucharzenia… mniejsza. Zadaniem bojowym na dziś były placki. Niedziela jutro, święto – trzeba coś na stole po obiedzie postawić. Zatem Sol dzielnie rękawy zakasała i do pracy przystąpiła. Od pracy w kuchni podobno się tyje – przez nieustanne próbowanie, czy aby czegoś nie brakuje, czy aby przypadkiem nie dosłodzić, dosolić, dopieprzyć… Cóż, to chyba w jakowymś bardziej zaawansowanym stadium pichcenia. Sol, jako początkująca, więcej chyba kalorii straciła niż zyskała przy tej zacnej robocie, bo biegać nieustannie musiała tam i nazad, żeby Wyjątkowo Istotne Sprawy skonsultować z bardziej zaprawioną w kuchennych bojach mamą swą prywatną. Parę radosnych komunikatów o braku koniecznego do pieczenia produktu później (które to braki udało się uzupełniać dzięki tajemnemu sejfowi babci), blacha z plackiem wylądowała wreszcie w piekarniku. Godzinka oczekiwania… i sukces! Udało się Sol odnieść zwycięstwo nad kuchennymi chochlikami ;P Zachęcona wiktorią szybciutko zabrała się za przygotowanie drugiego smakołyku, który również można uznać za całkiem udany. Co prawda, nikt jeszcze ich nie próbował, z racji temperatury wypieku, ale pierwsze pochwały zostały otrzymane z ust samej ochmistrzyni patelni i blachy w postaci babci – czyli zmagania były owocne.
Tym oto sposobem Sol – znaczy ja – zdobyła pierwsze szlify prawdziwej Kury Domowej. Upiekłam placka i jestem z siebie dumna! (teraz feministki mnie zagryzą…)