Stój, bo strzelam!
Przechodzę właśnie fazę małej euforii. Nareszcie moje wewnętrzne chłopaczysko będzie miało okazję się uzewnętrznić, wyżyć, ujawnić, pobawić. Otóż, od jeszcze-nie-wiem-kiedy-dokładnie-ale-niedługo zamierzam zacząć uczęszczać do błogosławionego przybytku zwanego strzelnicą, gdzie wreszcie dorwę się do moich ulubionych zabawek z dzieciństwa. Tylko nieco większych. I nieco głośniejszych. I nieco cięższych. Będę strzelać!
Bo tak naprawdę – mimo, że zaczęłam chodzić w kieckach tego lata – powinnam się była chłopcem urodzić, drodzy państwo. Tylko w niebie się coś tam komuś pomerdoliło i zrobili ze mnie dziewczynisko. Od chwili narodzin próbuję sobie więc tę niesprawiedliwość powetować. Dzieckiem będąc, zamiast stroić lalki, łaziłam z kuzynami po drzewach, biłam się z nimi, właziliśmy w każdą większą dziurę w ziemi, całkiem skutecznie zmieniając kolor skóry na właściwy Murzynom, albo co najmniej dorodnym Cyganiątkom. Nogi też miałam wtedy bardziej interesujace – w cętki siniakowo-strupkowe. Graliśmy w piłkę, budowaliśmy kontrukcje z klocków, walczyliśmy patykowatymi mieczami, do znudzenia wydzieraliśmy się “duże piwko, małe piwko, wywołuję na przeciwko…”, paliliśmy ogniska, zadymiając całą okolicę. Moja chłopięca dusza czuła się wolna i zaspokojona. Aż nadeszły szkolne lata… i zobaczyłam pokaz aikido. Oczka mi się zaświeciły – już wiedziałam, na jakie zajęcia pozaszkolne chcę uczęszczać! Ale mama sprowadziła mnie do parteru swoim zszokowanym “Tyyyyyyy? Dziewczynkaaaaa? A po co ci to?!”
Więc teraz niech się strzeże. Bo teraz będę strzelać. Ratatatatatatatata!!