“So close no matter how far
Couldn’t be much more from the heart
Forever trusting who we are
And nothing else matters

Never opened myself this way
Life is ours, we live it our way
All these words I don’t just say
And nothing else matters

Trust I seek and I find in you…”

Słów parę o największym Skarbie, jaki mi w swej łaskawości Ten Na Górze zesłał… o Przyjaciołach. Czyli o wyprawach w inny świat, gdzie nie ma potrzeby przejmowania się konwencjami, konwenansami, czy inkszymi zasadami. Gdzie czasu się nie liczy i na zegarek nie zwraca specjalnej uwagi, chyba że akurat czaimy na dobranockę. Gdzie poranek zaczyna się w południe, śniadanie zmienia w późny obiad, a kilkugodzinny wspólny spacer w majowym deszczu starcza za kolację. Gdzie odpowiedź na najintymniejsze z wszystkich możliwych pytań – “o czym myślisz?” – może wybrzmieć swobodnie, głośno, do ostatniej głoski, bo usłyszy ją tylko ten Ktoś, kto i tak niemal w Twych myślach czyta. Gdzie ta kraina? Nie, nie za 7 górami, 7 lasami i żyli długo i szczęśliwie. Leży ona tak blisko, a tak daleko… pod gościnną strzechą Najważniejszych.

***

“Dla Ciebie w każdej ścianie
Są drzwi drewniane
Zawsze uchylone
Ja ich nie zamknę…”

Wiele mam takich Skarbów, oj, wiele… kto zgadnie ile? Pan w tylnym rzędzie? No, prawie. Dwa. Dwa cudne Skarby, między które dzielę serce i duszę. Choć czasem czuję się najsłabszym ogniwem w tym łańcuchu serc, to staram się dawać z siebie co najmniej małą część tego, co przyjmuję. A dostaję wiele… bo to Ludziki, które zawsze znajdą uchyloną furtkę w moim murze bezpieczeństwa. Ludziki, które podniosą mnie z podłogi, posklejają, zbesztają, przytulą, maski nie nałożą, choć czasem do własnych samotni się wycofają. I ich święte prawo. Ale ważne, że potem wrócą, choćby na krótkie “dzień dobry”. Wrócą przez drzwi otwarte już na ZAWSZE.

***

“-Co to za literka?
-”P”
-TO ma być “P”? Dziwne jakieś, napisz gdzieś jeszcze jedno.
-To znajdź mi hasło z “P”
-A to co? “W”?
-To “K”…
-Hahaha, weź nie żartuj!”

“-A to? Idziemy na to!
-Zwariowałaś? Ja będę rzygać!
-Oj idziemy, ja stawiam!

-Sol, dlaczego mnie nie powstrzymałaś, przecież to Ty jesteś ta rozsądnaaaAAA!!”

Dwa indywidua. Skrajnie inne i bardzo podobne. Połączone wspólnym nieszczęściem. Znajomością ze mną ;P Raz znalazłam takie poczwary i umiłowałam całym swym rozwydrzonym nastoletnim sercem. Bo cudnie mi się z Nimi krzyżówki rozwiązuje (choć jedna poczwara nieustannie się moich literek czepia ;p) i bosko przeżywa skoki adrenaliny na diabelskich ustrojstwach lunaparku (i tak wiem poczwaro, że chciałaś mnie zabić ;p). Nieskrępowanie milczy drużynowo i niesamowicie zaśmiewa do rozpuku na czas.
Jedna menda przeczyta to prawie na pewno. Druga prawie na pewno tego nie zobaczy, bo do poziomu dziecka neo i czytania blogów się przeca nie zniży ;> ale i tak Wam obojgu publicznie oświadczam: Uwielbiam Was. Za to, że Jesteście. Zawsze. I za to, jacy jesteście. Najlepsi, jakich pod słońcem, księżycem i gwiazdami można znaleźć.

A tak, dzisiaj sobie pomarudzę. Tytuł jasno i wyraźnie ostrzega, więc jak ktoś nie ma chęci czytać narzekań, to lepiej niech szybko stąd zmyka, bo mu zepsuję humor/zanudzę/coś-jeszcze-czego-nie-mogę-wymyślić-bo-w- tej-chwili-jestem-stanowczo-za-mało-kreatywna.

Jestem nieco aspołeczna, jeśli o przebywanie z rodziną chodzi. Do takiego wniosku ostatnio dochodzę w ogólności, a podczas tego weekendu w szczególności. Tu ślub, tam I komunia… a ja mam już dość przebywania z kochanymi krewnymi na dość długi czas. Mało bawią mnie taki imprezy, ale tak samo nie bawi mnie kolektywnie – kameralne grzebanie w przydomowym ogródku. Wobec tego, chyba jednak będzie ze mnie marna kura domowa, bo ilość posadzonych wiosną kwiatów raczej mnie przeraża niż cieszy, bo kto to potem będzie podlewał? No właśnie. Przynajmniej mam okazję na jakiś czas od rodzinki odsapnąć – nie ma to jak daleki, weekendowy wojaż gdzieś, gdzie wreszcie będę mogła odpocząć… poniekąd ;p

Na co by tu jeszcze ponarzekać… a tak, studia. No, to wszem i wobec ogłaszam, że mam dość. Powoli mój kierunek przestaje mnie bawić. Pocieszcie, że to normalne i po wakacjach mi przejdzie, bo inaczej zwariuję i ukiszę się dokumentnie na tej pogiętej filologii. Bo ileż można się babrać w fonetyce, słówkach, gramatykach i najstarsi Indianie nie wiedzą czym jeszcze. Nuda panie, nuuuda i rutyna mi się wkrada podstępnie do tej całej nauki, co bynajmniej nie sprzyja zbliżającemu się zjawisku sesji.

Ponadto, na blogaska swego słitaśnego, koffanego ponarzekam. Bo mi się przestał podobać, a nie mam czasu i chęci go przemeblować. Może jakiś kreatywny nadgorliwy ma chęć to za mnie zrobić? ;>

Coby nie było, że brak mi samokrytycyzmu, to na siebie też pozrzędzę. Trzeba upaść na samo dno ekshibicjonizmu wszelkiego, żeby takie głupoty na blogach wypisywać.Niestety, brak mi weny, nastroju i wszelkiego, co potrzebne, żeby stworzyć coś nieco bardziej strawnego. W sumie po co się wysilać, skoro i tak to przeczytacie, plotkarze jedni ;p

No, to idę się jeszcze trochę nad sobą poużalać. I porzucę bloga na kolejne pół miesiąca, chyba, że z niezrozumiałych przyczyn jednak jakaś pogięta wena, tudzież muza usiądzie mi na ramieniu albo wlezie do głowy i odejść będą chciały tylko jedną drogą, mianowicie pisemną. Ale czy muszę wspominać, że w to szczerze wątpię? ;]

Sol dzisiaj zdobywała nowe umiejętności. Mianowicie, podnosiła swoje kwalifikacje kury domowej. Jak na dobrą córkę przystało, grzecznie wysprzątała, co wysprzątać miała, pranie nastawiła, w ogródku pomogła, a potem… a potem opanowała kuchnię ^^ Dziwiąc się nieco swej szanownej rodzicielce, że na to pozwoliła, znając wybitny talent Sol do kucharzenia… mniejsza. Zadaniem bojowym na dziś były placki. Niedziela jutro, święto – trzeba coś na stole po obiedzie postawić. Zatem Sol dzielnie rękawy zakasała i do pracy przystąpiła. Od pracy w kuchni podobno się tyje – przez nieustanne próbowanie, czy aby czegoś nie brakuje, czy aby przypadkiem nie dosłodzić, dosolić, dopieprzyć… Cóż, to chyba w jakowymś bardziej zaawansowanym stadium pichcenia. Sol, jako początkująca, więcej chyba kalorii straciła niż zyskała przy tej zacnej robocie, bo biegać nieustannie musiała tam i nazad, żeby Wyjątkowo Istotne Sprawy skonsultować z bardziej zaprawioną w kuchennych bojach mamą swą prywatną. Parę radosnych komunikatów o braku koniecznego do pieczenia produktu później (które to braki udało się uzupełniać dzięki tajemnemu sejfowi babci), blacha z plackiem wylądowała wreszcie w piekarniku. Godzinka oczekiwania… i sukces! Udało się Sol odnieść zwycięstwo nad kuchennymi chochlikami ;P Zachęcona wiktorią szybciutko zabrała się za przygotowanie drugiego smakołyku, który również można uznać za całkiem udany. Co prawda, nikt jeszcze ich nie próbował, z racji temperatury wypieku, ale pierwsze pochwały zostały otrzymane z ust samej ochmistrzyni patelni i blachy w postaci babci – czyli zmagania były owocne.

Tym oto sposobem Sol – znaczy ja – zdobyła pierwsze szlify prawdziwej Kury Domowej. Upiekłam placka i jestem z siebie dumna! (teraz feministki mnie zagryzą…)

Ja się nie nadaję do oglądania filmów romantycznych, romanssssideł tym bardziej. No nie i już. Bo za durna jestem na nie. Inni są za mało ynetlygentni na filmy ambitne, semi-ambitne i do miana ambitnych jedynie pretendujące. A ja jestem za durna na romansssidła. Dlaczego? Bo ja po takich filmach myśleć zaczynam. Sobie znalazłam bodziec, wiem… ale nie poradzę, że właśnie wtedy strumień asocjacji zaczyna się robić niebywale rwący i rozrabiać w mojej głowie. Co sobie myślę? Nie powiem, bo mnie Siostra zruga… a to nic miłego jak Cię ktoś opieprza ;P

W związku z powyższym, najwyraźniej takich filmów nie powinnam oglądać. No cóż, widać jestem masochistką, bo lubię takowe. Co więcej, w najbliższej przyszłości najprawdopodobniej powlokę się do kina na taki.

Konkluzja: jestem niezrównoważoną emocjonalnie rozwydrzoną nastolatką z przeciągiem między kolanami, której umysł stymulują do myślenia niezwykle ambitne romansssidła. Czas poszukać pomocy…?

No. I jestem. Długo błądzący po odmętach mych myśli pomysł wreszcie się zmaterializował. Zobaczmy, czy przetrwa próbę :)

« Poprzednia strona